Pytanie o cenę planety, na której żyjemy, z pozoru wydaje się abstrakcyjne, jednak ekonomiści i naukowcy od lat podejmują próby przełożenia zasobów naturalnych, ekosystemów i samej materii ziemskiej na konkretne wartości monetarne. Jak informuje portal inkl.com, próba ustalenia ceny ofertowej za Ziemię obnaża ograniczenia współczesnych systemów ekonomicznych, które nie są przystosowane do operowania na tak ogromnych skalach. Wycena ta musi uwzględniać nie tylko surowce i grunty, ale także historię, ekosystemy i samo życie ludzkie, co komplikuje matematykę w sposób wykraczający poza standardowe modele rynkowe. Zrozumienie tych mechanizmów pozwala jednak lepiej pojąć, jak wyceniamy mniejsze, ale kluczowe dla społeczeństwa aktywa, takie jak infrastruktura mieszkaniowa czy zasoby publiczne.
W klasycznej ekonomii, według definicji przytaczanych przez CFI, wartość rynkowa to cena, jaką kupujący są skłonni zapłacić za dany składnik majątku w normalnych warunkach. Modele te sprawdzają się w przypadku akcji spółek czy nieruchomości, ponieważ istnieje dla nich rynek, aktywa porównywalne oraz chętni uczestnicy transakcji po obu stronach. Problem pojawia się przy próbie zastosowania tego modelu do skali planetarnej. Ziemia nie posiada bowiem rynku wtórnego, nie ma porównywalnych obiektów sprzedaży, a pula potencjalnych nabywców jest nieistniejąca. Tutaj ekonomia musi sięgnąć po pojęcie wartości wewnętrznej, która szacuje, ile dany zasób jest wart w teorii, bazując na jego fundamentach i długoterminowej użyteczności, a nie na bieżącej cenie rynkowej.
Skoro samej planety nie można kupić, badacze próbują wyceniać usługi, które ona świadczy. Grupa ekonomistów i ekologów, na których powołuje się AAAS, podjęła próbę obliczenia kosztów odtworzenia usług ekosystemowych, jakie Ziemia dostarcza naturalnie. Mowa tu o czystej wodzie, żyznej glebie, zapylaniu roślin czy regulacji klimatu. Zgodnie z tymi szacunkami, koszt zastąpienia tych procesów wynosiłby około 33 bilionów dolarów rocznie. Aby dojść do tej kwoty, naukowcy podzielili powierzchnię planety na 16 biomów, w tym oceany, estuaria i lasy tropikalne, a następnie przypisali im 17 kategorii dóbr i usług planetarnych. Analiza dziesiątek badań pozwoliła oszacować wartość dolara na hektar dla każdej z tych usług.
Robert Costanza, główny autor tych badań, podkreśla, że kalkulacja ta ma fundamentalne znaczenie, nawet jeśli wydaje się kontrowersyjna. Systemy naturalne posiadają realną wartość, nawet jeśli nie towarzyszy im przepływ gotówki. Usługi ekosystemowe są tak niezbędne dla przetrwania człowieka, że żadna realistyczna cena nie byłaby w stanie ich w pełni zastąpić. To podejście pokazuje granice współczesnej technologii – koszty związane z relokacją życia, odbudową bioróżnorodności czy odtworzeniem atmosfery szybko wykraczają poza jakiekolwiek dostępne modele finansowe. W tym kontekście każda próba wyceny Ziemi, która ignoruje jej wagę kulturową, emocjonalną i biologiczną, jest z założenia niekompletna.
Warto zauważyć, że podczas gdy globalne debaty dotyczą kwadrylionów dolarów, na poziomie lokalnym wycena i zarządzanie zasobami przybiera bardzo konkretne formy. Przykładem jest polski rynek nieruchomości i infrastruktury edukacyjnej. Jak wynika z najnowszych regulacji, od początku 2026 roku publiczne uczelnie w Polsce mogą ubiegać się o wsparcie z Funduszu Dopłat BGK na pokrycie kosztów związanych z domami studenckimi. To realne przełożenie wartości kapitału na infrastrukturę, która ma służyć społeczeństwu.
Jedną z najbardziej znanych prób precyzyjnego oszacowania ceny Ziemi podjął w 2002 roku astronom Greg Laughlin. Jego metoda, opisana później przez Mental Floss Magazine, uwzględniała masę planety, jej wiek, temperaturę oraz zdolność do podtrzymywania życia. Wynik tej kalkulacji to oszałamiające 5 kwadrylionów dolarów. Dla porównania, Laughlin zastosował ten sam algorytm do innych planet w układzie słonecznym: Mars został wyceniony na około 16 tysięcy dolarów, natomiast Wenus na zaledwie jeden cent, co wynika z jej atmosfery nasyconej dwutlenkiem węgla, czyniącej ją bezużyteczną z punktu widzenia biologicznego. Sam autor zaznaczał, że celem nie było umożliwienie sprzedaży, lecz nadanie perspektywy temu, jak rzadkim i cennym aktywem jest nasza planeta.
Ciekawym punktem odniesienia dla tych kwot są wyliczenia analityków cytowane przez "Forbes", dotyczące kosztów budowy fikcyjnej Gwiazdy Śmierci z sagi "Gwiezdne Wojny". Koszt takiej stacji oszacowano na 852 kwadryliony dolarów, co stanowi około 13 tysięcy razy więcej, niż wynosi globalny PKB. Te liczby, choć astronomiczne, uświadamiają nam, że wartość Ziemi jako gotowego do zamieszkania "obiektu" jest nieporównywalnie wyższa niż jakikolwiek wytwór technologii, który moglibyśmy próbować sfinansować. W ekonomii nieruchomości kluczowe jest jednak to, kto zarządza tymi wartościami. W przypadku hipotetycznej sprzedaży Ziemi pojawiają się nierozwiązalne problemy prawne i etyczne: kto miałby prawo reprezentować sprzedającego i jak zarządzać granicami, populacją oraz zasobami 4,5-miliardowej planety w ramach jednego kontraktu?
Wracając do realiów rynkowych i działań Banku Gospodarstwa Krajowego, widzimy, że systemowe wsparcie dla budownictwa społecznego, w tym akademików, opiera się na zupełnie innych fundamentach. Tutaj wartość nie jest mierzona kosztem odtworzenia biosfery, ale dostępnością i funkcjonalnością. Zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Finansów i Gospodarki z dnia 29 grudnia 2025 roku, wsparcie z Funduszu Dopłat ma charakter bezzwrotny i dotyczy budowy, remontów, przebudowy, a nawet kupna budynków mieszkalnych. Jest to forma interwencjonizmu państwowego, która uznaje, że pewne zasoby – w tym przypadku miejsca zamieszkania dla studentów i doktorantów – mają wartość wyższą, niż wynikałoby to z czystej gry rynkowej. Opłaty za te pomieszczenia mają być ustalane na niskim poziomie, co wskazuje na priorytet misji publicznej nad zyskiem kapitałowym.
Podsumowując te dwa aspekty – globalny eksperyment myślowy i lokalną politykę mieszkaniową – można dojść do wniosku, że wycena nieruchomości, niezależnie od skali, zawsze zderza się z pojęciem użyteczności krańcowej. Ziemia jako całość jest bezcenna, ponieważ jej utrata oznacza utratę wszystkiego, co nadaje wartość pieniądzowi. Z kolei inwestycje takie jak te realizowane przez BGK pokazują, że racjonalne gospodarowanie zasobami wymaga systemowych dopłat i regulacji, aby infrastruktura mogła pełnić swoją rolę. Eksperymenty matematyczne Laughlina czy Costanzy przypominają nam jedynie o skali odpowiedzialności, jaka wiąże się z zarządzaniem jedynym znanym nam aktywem, które nie posiada ceny rynkowej, bo po prostu nie może zostać zastąpione.

